Słuchawki MEE Audio X-1


Dawno nie zamieszczałem testów akcesoriów sportowych, co też zauważył tajemniczy Pan Andrzej z marketingu. Postanowił to jak najszybciej nadrobić, a ja jego szybkości nie wykorzystałem - nie biorąc MEE Audio X-1 na wakacje. Prawdopodobnie by się idealnie nadawały. Nadrabiam temat teraz pokornie chyląc czoła i sumiennie wykonując swoją robotę.

MEE Audio X-1 znowu przyszły w ładnym opakowaniu. Z dużym zdjęciem. Idealnie dobraną kolorystyką. Przede wszystkim jednak z nabłyszczaną czcionką czy obrazkiem tytułowym. Uwielbiam te dopracowane bezbłędnie kartony. Chyba nic bym w nich nie zmienił. Z punktu widzenia producenta wytypują wszystkie zalety i przedstawią produkt w fajnym selektywnym świetle. Tu nie było nie inaczej.

Zresztą produkt też ma swoją klasę. Największą zaletą chyba jest IPX5, czyli według międzynarodowego kodu lanie 12,5l wody na min na każdą część obudowy nie powinno wyrządzić słuchawkom krzywdy. Poza tym MEE Audio X-1 posiada 9 mm dynamiczny przetwornik, impedancję na poziomie 16 Ohm czy skuteczność 98 dB z pasmem przenoszenia 20-20000 Hz. Można powiedzieć, że to zwyczajne dla mnie, bo pojawiające się we wcześniej testowanych sprzętach, ale jednak wysokie standardy. Podobnie, jak z ilością 6 par gumek adaptacyjnych do uszu, klipsem mocującym do ubrania. Tu chyba jedynie kabel mocujący jest odrobinę dłuższy, bo ma 130 cm (z reguły były to 120-tki, ale głowy nie dam!) i mikrofon odrobinę lepszy (czułość 42dB, pasmo przenoszenia 100-10000Hz). A no i na "pierwszy słuch" system mocowania, niby ten sam, ale jakiś inny, jakby zgodnie z wola producenta jakoś inaczej zabezpieczał dźwięk. Słowem wyglądało to na fajną jakość, którą trzeba było sprawdzić w praktyce.

Firma MEE Audio przygotowała trzy kolory tych "dokanałówek": niebieski, różowy i czarny. W moim przypadku czarny zestaw z pozłacanym 3,5 mm mini jackiem  wykończony był ciemnostalowym kablem; grubszym i mniej giętkim przy połączeniu do "rozłączki"; cienkim i lżejszym bliżej mikrofonu i słuchawek. Sprężyste i twarde w dotyku "zawijki" na uszach, zwane profesjonalnie systemem mocowania X1 na uszach, rzeczywiście zbudowane były inaczej. Odginane z łatwością wracały do swojego kształtu - zapewne tak samo tłumić miały drgania w biegu czy podczas ćwiczeń utrzymując dzięki temu gumową słuchawkę w uchu.


Po raz pierwszy wypróbowałem "X-1-ki" na treningu biegowym: bieżnia + ćwiczenia skocznościowe. Pierwszą część rozgrzewkowa pobiegana na moim słabym muzycznym HTC 620 już była całkiem pozytywnie przyjemna. Dosyć głęboka i basowa, choć gdzieś tam jeszcze zagłuszana przez muzykę z klubu fitness. Za pierwszym razem nie znalazłem też "podsówki" pod brodę i na samym klipsie oraz systemie mocowań - nawet na tak nie zabezpieczonych słuchawkach (choć bez telefonu !!!) - zrobiłem trening prawie do końca. Kilka serii skoków dosiężnych czy jednonóż bez wypadania z uszu to już zrobiło na mnie spore wrażenie. Słuchając natomiast muzyki bezpośrednio z kompa tu już...popłynąłem. Bardzo ciepły dźwięk, mocno basowy ton, słowem chyba to czego w słuchawkach sportowych zawsze szukałem. Nawet w porównaniu z Hifiman RE-400B poziom głębokości dźwięku był większy i rezonans wokalu mocniejszy. Stwarzało to wrażenie ogromnej dynamiki, a co wiadomo z dobrze wyczuwalnym rytmem gwarantuje dobry trening. Dalej poszedłem już po prawdziwego profesjonalistę - odtwarzacz Hifiman HM-700. Tu znowu dźwięk jeszcze bardziej popłynął i znowu X-1 były bardziej głębokie i basowe, a co ciekawe też przez lepsze wygłuszanie, przy cichszym odsłuchu (różnica w 40-stopniowej skali Hifiman HM-700 ok. 3-4) głośniejsze. Choć różnica w rezonansie i wysokości była odrobinę mniejsza na odtwarzaczu (i z ulgą, jako nie lubiący biegać z muzyką, odetchnąłem, że moje RE-400B dają radę ;-)

MEE Audio X-1 rzeczywiście są jednymi z lepiej "trzymanych w uchu" słuchawek. Ja sprawdziłem je na paru łatwiejszych treningach plus bardzo trudnym dla nich, skocznościowym. Bomba. Podobnie o nich wypowiadała się moja asystentka kuzynka podkreślając fajny bas. Dla mnie dodatkowo bardzo ciepły ton i głębokość dźwięku też robiły wrażenie. Niestety nie miałem przyjemności biegać w deszczu (ehh...ta tegoroczna pogoda), jednak IPX5 nie przyznają na życzenie.



Łukasz Murawski
Łukasz Murawski

Biegający już od ponad dekady, triatlonujący dopiero od czterech sezonów, trener personalny/masażysta, ciągle szukający odpowiedzi na nowe pytania odnośnie funkcjonowania ciała człowieka.