Okulary Oakley EV Zero Path (cz. I)


O testach okularów, w których jeździ wielu czołowych kolarzy świata wręcz marzyłem. W końcu każdy "rzemieślnik" w branży testowej by się spełnić musi sięgnąć po produkty dedykowane dla najlepszych. W triatlonie ambasadorami marki Oakley i opisywanego modelu EV Zero Prizm Road są choćby Marcin Konieczny, Rafał Herman czy Łukasz Kalaszczyński. Co by nie pisać, elita polskich zawodników. W przypadki i spiski dziejowe w tej materii nie wierzę - nikt z zawodowców sobie krzywdy sprzętem nie robi - więc jak tu nie cieszyć się z "próbowania" lidera branży! Trudno w takim wypadku nie oczekiwać Świętego Graala, prawda ;-)

No właśnie. Zatem wielkie moje zdziwienie było kiedy EV Zero z wyobrażeniowych sporych gabarytów zmaterializował się w postaci "zabawkowych", dosłownie, okularów sportowych. Jednak po kolei...

Najpierw widziałem czarne papierowe opakowanie, jak to w przypadku Amerykanów, skrzętnie wykorzystane w celu nobilitacji marki. Liczne angielskojęzyczne napisy i grafiki wskazujące na wyjątkowość Oakley. W środku miękkie podłużne etui z charakterystyczną "Ołką". Wreszcie okulary - zabawka a do kompletu druga para nosków (węższa) i etui - ściereczka. Niby nic, zwyczajność. Po pierwszym, wręcz bezmyślnym założeniu "na szybko" przed pracą, już poczułem "tę" różnicę. 




Okulary bajecznie lekkie - i tu porównanie do zabawkowych z ich wagą wręcz pasuje idealnie (reszta właściwości już odbiega znacznie!) - właściwie nie czuje się ich na twarzy. Początkowo ich bytność zaznaczona jest przez ściskany górny grzbiet nosa i inne widzenie (patrz zdjęcie powyżej, choć oczywiście nie ma co sugerować się promieniami wpadającymi od góry, fajne porównania na oficjalnej stronie producenta). Soczewka przeobraża widok, w pierwszym subiektywnym wrażeniu nazwałbym, na pozytywny mat ;-) I tu posilę się jakże celnymi słowami innego użytkownika EV Zero Path Prizm Road, dobrego znajomego Janka, który pisał do mnie, że jest to "koloryzacja w delikatny sposób na odcień rożowo - fioletowy wygaszający wszelkie refleksy na drodze co przy okazji sprawia wrażenie bardziej niebieskiego nieba etc a przede wszystkim matowej drogi jak w soczewkach polaryzacyjnych". Nic dodać, nic ująć. Choć wydawałoby się właśnie, iż soczewki nie mające polaryzacji teoretycznie nie powinny być aż tak skuteczne. Sondując ten efekt "pierwszego wow" wypróbowałem kilka innych niezależnych par oczu. Wrażenia tej "lepszej" jakości widzenia były podobne.




W dotyku okulary wydawały się bardzo delikatne, jednak oprawka pozwalała na całkiem sporą pracę (patrz zdjęcie powyżej). Najsztywniejszy był rdzeń zauszników, później soczewki, a najbardziej giętkie były końcówki zauszników i noski. Te ostatnie jasno brązowe, "zamszowo" chropowate w porównaniu z twardym i śliskim żółtym plastikiem oprawek. Soczewki od centrum mocno fioletowe przechodziły w róż z domieszką refleksyjnej żółci na skraju (patrz specyfikacja materiałów w kolejnej części tekstu). Ciekawie, na pierwszy rzut oka designersko, zaprojektowany był kształt soczewek. Do tego dochodziły srebrne logo na boku rdzenia zauszników, nazwa technologii soczewki na niej oraz nazwa modelu na lewym zauszniku. Wszystko razem sprawiało pierwsze wrażenie pełnego profesjonalizmu, wysokiej funkcjonalności i sporej, dla mnie odrobinę, gadżeciarskiej estetyki. 


Łukasz Murawski
Łukasz Murawski

Biegający już od ponad dekady, triatlonujący dopiero od czterech sezonów, trener personalny/masażysta, ciągle szukający odpowiedzi na nowe pytania odnośnie funkcjonowania ciała człowieka.