Szczytowa forma szczytowy spokój

pexels.com

Od wielu sezonów przygotowuję się do startów o priorytecie A, jak zwą je metodyczne podręczniki. Od wielu sezonów próbuję znaleźć sposób by uczynić to najoptymalniej. Jak przygotować formę optymalną? Ile spać by w dniu startu obudzić się pobudzonym i głodnym rekordu? Co zrobić by w ostatnim momencie próby nie ponieść klęski? No właśnie...te i podobne pytania dręczyły mnie wielokrotnie. Od kilku lat w bieganiu nie zostawiam miejsca na takie kwestie. W triatlonie nie jest to już takie oczywiste. Od paru tygodni zastanawiałem się nad tym...

Z pewnością to kwestia doświadczenia. Jakby nie patrzeć w biegowych startach "pękło" mi już mnóstwo lat. W multidyscyplinowych raptem trzy. Spora przepaść. O ile sięgam pamięcią to właśnie od czwartego, piątego sezonu osiągnąłem większy spokój startowy w zawodach biegowych. Znaczy się na linii startu czuję pozytywne poddenerwowanie angażujące całe ciało do optymalnego, co ważne planowanego, wysiłku.W triatlonie myślę często o tym czego nie udało mi się wytrenować, o swoich słabych stronach i ich zabezpieczeniu, o tym by dotrwać do biegu. Szczytowego spokoju raczej w tym nie widać...no i nie ma. Ba, dzień przed startem boję się nawet spędzać czas z rodziną. Za dużo we mnie stresu i "nerwa".

"Ego mówi: gdy wszystko się ułoży, wówczas poczuję spokój. Duch mówi: znajdź swój spokój i wszystko się ułoży." M. Williamson ma rację bez dwóch zdań. W triatlon, jak i każdą inną dyscyplinę sportu, wpisuję się to doskonale. Zapanowanie nad swoimi umiejętnościami pływackimi, rowerowymi i biegowymi musi dać ten spokój realizacji celów. Nikt (poza zawodowcami!) nie jest w stanie przygotować ponadprzeciętnej formy w każdej z dyscyplin. Gdzieś tam jedna pięta achillesowa się przytrafi. Naturalne, tym bardziej jeśli w triatlonie nie mamy za dużo doświadczenia.

Ja kuleję mocno z pływaniem i rowerem. W tym roku pływanie wychodzi mi pewniej, choć nie mam pojęcia dlaczego. Zapewne większa ilość ćwiczeń i jakiś wpływ doświadczenia. Czasowo nie mamy poprawy żadnej, najmniejszej. Dużo natomiast widzę w pewności ruchu. Dziwnie to brzmi u progu sezonu, bez pływania w wodach otwartych, ale jednak. Jakoś czuję, że mimo niekoniecznie większej pracy coś mówi mi, że będzie lepiej, że jakoś lepiej to rozumiem. Że wejdę do tej wody i to po prostu będzie normalne pływanie. W rowerze, mimo wykonania pracy o wiele lepszej niż w poprzednie zimy cały czas "duch" przypomina o słabości. I coś w tym jest. Jeszcze tam spokoju nie ma.

Trudno mi to wytłumaczyć. Tym bardziej, że jeszcze wiele sesji treningowych z każdej aktywności przede mną. Ciekawe ile kilometrów roweru będzie trzeba zrobić by tą "duchowość" uzyskać?! By tak, jak w biegu po prostu poruszać się w przód i jakkolwiek by było, mieć bardzo dużo pod kontrolą. A co najmniej być spokojnym o jakość aktywności. Ten tzw. minimalny swój przeciętny poziom. Ja tego jeszcze nie mam w rowerze. Powoli łapię co nieco w pływaniu. W bieganiu zdecydowanie rozumiem co to znaczy. No, cóż...muszę dalej szukać swojego spokoju. Oby aż do Hawajów ;-)


Łukasz Murawski
Łukasz Murawski

Biegający już od ponad dekady, triatlonujący dopiero od czterech sezonów, trener personalny/masażysta, ciągle szukający odpowiedzi na nowe pytania odnośnie funkcjonowania ciała człowieka.