Dyskomfort zwycięstwa (pyrrusowego?)



Od kiedy zabrakło wśród nas Zdzisława Ambroziaka (ba...to już 14 lat!) a ilekroć w telewizji mignie  siatkówka przypomina mi się jego słynny frazes "system naczyń połączonych". Co więcej hasło to od kilkunastu lat towarzyszy moim utarczkom z losem zaawansowanego sportowca - amatora. Bo czymże jest godzenie obowiązków bycia tatą, mężem, synem, bratem, szwagrem, zięciem, kolegą, sąsiadem, instruktorem fitness, trenerem personalnym, masażystą, triatlonistą, sportowcem z krwi i kości, publikującym w sieci itd...jeśli nie układem co najmniej kilku naczyń pomiędzy którymi ustala się jakiś tam poziom energii krążącej, dynamicznej. Niestety ciągle za małej by wypełnić wszystko doskonale...

Zatem czy warto jeszcze dodatkowo męczyć się treningiem? Czy warto tracić czas na wylewanie ponadprogramowego potu? Czy warto tracić energię na nie do końca ważne działania? Takie pytanie zadaje sobie na pewno wielu. Ja, tym razem rozpocząłem, mocno zmęczony psychofizycznie podczas najtrudniejszego tygodnia treningowego od lat, a teraz dalej drążę, już bardziej wypoczęty psychicznie, po jego zrealizowaniu. Niełatwe odpowiedzi, bo szukane w okolicznościach, gdzie "ciche dni" z żoną, etap trudniejszego zasypiania z powodu zmęczenia, napięty grafik godzin pracy z "dziecięcą logistyką" przeplata się z kumulującym się bólem mięśni i coraz cięższą głową. A jednak paradoksalnie chyba to najlepszy moment by takie tematy roztrząsać. 

Nawet nie śmiem sobie wyobrażać ile bym miał czasu wolnego i o ile łatwiejsze życie, gdybym zupełnie nie trenował lub nawet zmniejszył sobie "tygodniówkę" do 3-4 h. Swoją drogą nie ma to sensu. To bujda. Przypominam sobie roztrenowanie kiedy ok. 2 h spinningu stanowiły mój cały czas treningowy. Organizm po tygodniu dostrajał się do większej liczby czasu wolnego. Niestety niekoniecznie optymalnie wykorzystanego, bo ten jak woda gdzieś tam pomiędzy palcami przeciekał. Zresztą podobnie powtarza się podczas 4 - godzinnego tygodnia regeneracyjnego. Najpierw zmęczenie cofa się i następuje przede wszystkim psychiczny relaks. Ten fizyczny następuję tak naprawdę po niecałym tygodniu, czasem później. Czas nietreningowy się wydłuża...ale i tak ten luz z biegiem czasu wpędza w znużenie i poczucie braku "tego czegoś". Mimo, że energii starczy na wykonanie "ważniejszych" zadań to i tak po chwili nie sprawiają one takiej przyjemności, jak podczas utarczek z "systemem naczyń połączonych".  Może i w domu jest lepiej, w pracy ma się więcej energii, bardziej chce się być wśród ludzi, ale...no właśnie..brakuje tego zmęczenia głębokiego, prawdziwego do szpiku kości. Jakiem sportowiec z krwi i kości, uwielbiam ten stan odurzającego, permanentnego wykończenia fizycznego i uczucie psychicznej realizacji swojego celu. Nawet jeśli dzieje się kosztem życiowej "qi". Taki dyskomfort pyrrusowego zwycięstwa. Własnego, bo z nikim go nie podzielisz. Egoistycznego, bo jest tylko Twoje, a co więcej marnujesz moc na własne widzimisię. Destrukcyjnego, bo wykluczającego wykonanie czegoś później z taką samą energią.

Z drugiej jednak strony czymże byłoby życie jeśli nie oddawaniem cząstki siebie temu światu? W końcu kto nie zmienia świata jest niczym. Jeżeli znalazło się coś czego realizacja daje najprawdziwsze samospełnienie? Nawet mimo utraty energii na innym polu? Jednak taki jest właśnie dyskomfort tego zwycięstwa, które zapewne zmienia bieg niejednej historii ludzkiej, ale jak u Pyrrusa nie obywa się bez ofiar. Często tych najbliższych. 

(I jak tu nie wierzyć w przemianę energii zużytej na nową, jeszcze większą? Jak nie wypatrywać perpetum mobile przemieniającej to co dajesz w dwukroć tego co otrzymujesz? Jak nie wierzyć, że ma to sens?)

Łukasz Murawski
Łukasz Murawski

Biegający już od ponad dekady, triatlonujący dopiero od czterech sezonów, trener personalny/masażysta, ciągle szukający odpowiedzi na nowe pytania odnośnie funkcjonowania ciała człowieka.